Napisano: 2010-01-15 22:06:37
Koty w moim życiu były prawie od zawsze i ta miłością zaraziłam moje dzieci. I tak w pewnym momencie trafiła do nas Dalila. Miał być czarny kocur, a była szarobiała koteczka. Zamieszkała na trzecim piętrze, na wielkim blokowisku, ale nie tęskniła za otwarta przestrzenią bo jej nie znała, nigdy nie wychodziła z domu. Kiedy miała około dwóch lat dzieci z sąsiedztwa przyniosły do mojego domu cztery niemal ślepe kociaki, które robotnicy budowlani chcieli zabić, a dzieci stwierdziły, że "ciocia ma kotkę to ciocia wychowa". No i wychowałyśmy razem z Dalilą, bo ona już drugiego dnia adoptowała kocięta, ogrzewała je, wylizywała, pilnowała, a ja tylko karmiłam. Kociaki dorosły, u mnie zostały dwa - czytajcie następne posty - moje życie się zmieniło. Po wielu latach musiałam się wyprowadzić z domu, Dalila została z moimi dziećmi i niestety z moim byłym mężem, który ze złości na mnie wziął kotkę i wywiózł w torbie kilka kilometrów za miasto. To było w czerwcu, był upał, a potem zaczęły się straszne burze i ulewy, a ona nigdy nie wychodziła z domu, nie musiała sama starać się o jedzenie. Opłakaliśmy ją wszyscy, ale pewnego dnia, moja kilkuletnia wnuczka, patrząc przez okno zawołała, że na dole pod samochodami jest Dalila. Mój syn nie wierzył w to, zbiegł na dół i to rzeczywiście była ona, wychudzona, brudna, z łapkami pozdzieranymi do krwi, z zapaleniem oskrzeli. Opowiadał mi, że jak wyciągnął ją spod auta to wczepiła mu się tak w bluzę, że nie mógł jej odczepić. Miała wtedy około 12 lat, wyzdrowiała, ale wkrótce potem zaczęły się problemy z rakiem sutka - niestety nie była sterylizowana, tylko na środkach antykoncepcyjnych. Była operowana, wet przysięgał, że nie będzie przerzutów, ale były, pożegnaliśmy ją, gdy miała prawie 15 lat. O historiach takich powrotów kotów do domu czasem czyta się w prasie, ale mnie to spotkało, a czy ktoś z was słyszał o tym?

