Pewnego dnia na moim podwórku pojawił się mały, czarny kot bez ogona (został prawdopodobnie odgryziony lub przycięty). Był bardzo nieufny i płochliwy, jednak potrafił do mnie podejść i łasić się. Mieszkałem wtedy jeszcze z moją matką, która kota w domu nie bardzo chciała widzieć.
Wcześniej miałem psa, więc o hodowaniu kota nie miałem pojęcia. Kot znalazł jednak u nas schronienie (mieliśmy komórkę na drzewo) i dostawał codziennie jedzenie.
Później okazało się, że ten kot, to tak na prawdę kotka po przejściach (w dodatku ktoś ją nam podrzucił i to bynajmniej nie z sąsiedniej ulicy, ale z osiedla oddalonego o kilka kilometrów). Była w dodatku agresywna. Szybko jednak znalazła adoratorów czego efektem była ciąża. Urodziły się 3 koty - BoBo, Lucky i Maniek.
Pierwsze dwa, to typowe "tygryski" (choć BoBo bardziej), Maniek zaś, to kopia matki (nie tylk oz wyglądu, ale i charakteru).
Koty rosły zdrowo (tym razem już u mnie w pokoju razem z kocią mamą, która przestała już być agresywna i nerwowa (zaczęła przypominać normalnego kota).
Z czasem jednak maluchy podrosły, a i kocia mama zaczęła być znowu agresywna, nie tylko wobec mnie...
Ostatecznie koty udało się oddać w dobre ręce (kocia mama i Lucky na wieś, Maniek do rodziców mojej dziewczyny), a ja zostawiłem sobie BoBo :)

